
Dlaczego przestałem grać w Warhammera i zacząłem miksować gry
Śnieg się topi, więc pora wracać do hobby. Kilka słów o wargamingu, bo temat odmarza razem z glebą. Co ma pogoda do figurek? Moja pracownia i stół do grania są w piwnicy wolnostojącego domu. Zimą jest tam po prostu za zimno na chemię modelarską.
Akryle nie znoszą chłodu, a i palce sztywnieją przy precyzyjnej robocie. Zimą nadrabiam YouTube'a, a od późnej wiosny do jesieni siedzę nad projektami. Głównie wieczorami, kiedy w końcu robi się cicho.
Warhammer? Nie tym razem
Jeśli liczysz na kolejny tekst o meta-rozpiskach do Warhammera, to źle trafiłeś. Odkąd mam rodzinę i dzieci, czas na granie z kimś przepadł. Gram regularnie w RPG z kolekgami na Roll20, bo to logistycznie prostsze. Mam szafę pełną starterów do 40k, Kill Team czy klasycznego młotka, a właśnie jedzie do mnie Bolt Action, ale mój problem leży gdzie indziej.
Nie mam zamiaru podporządkowywać się producentom gier. Inwestuję tylko w modele, które mnie jarają. Jeśli figurka jest brzydka, nie chcę jej w kolekcji i nie zamierzam marnować życia na jej malowanie, choćby miała najlepsze statystyki w grze.
Efekt? Mam totalny miks: modele pulpowe, historyczne, sci-fi i fantasy. Problem zaczyna się przy zasadach. Nie mam cierpliwości do bycia nauczycielem i tłumaczenia opasłych podręczników po angielsku i to do kilku systemów. Oglądasz poradnik do Kill Teama i co widzisz? Dwóch gości rozstawia ludziki, jeden rzuca garścią kostek i po pierwszej czy drugiej rundzie jest po grze. To nie jest granie, to jest matematyczna egzekucja.
W grach szukam konkretu: podejmuję decyzję, działam, a potem ponoszę konsekwencje. Wygrałem lub straciłem. Proste.
Savage Worlds – ideał z wadami
W ten schemat idealnie wpisuje się Savage Worlds. Ilość dodatków jest kosmiczna, można łączyć uniwersa, a system promuje akcję. To dla mnie najlepsza mechanika ever, choć ma swoje problemy. Konieczność żonglowania siedmioma rodzajami kości plus "Wild Die" potrafi zamulić rozgrywkę.
Mam w domu chyba wszystko, co wyszło po polsku w papierze plus potężna kolekcja kupionych dodatkow na DriveThruRpg, ale brutalna prawda jest taka: w to prawie nikt nie gra. To system postrzegany jako powolny, wręcz dla emerytów. Szukałem dalej. Próbowałem z Zombicide, bo system walki jest świetny, ale klimat "bandy zwyroli" mi nie leży. Do tego figurki z planszówek są często nieludzko brzydkie, a kompletne planszówki z dodatkami kosztują tyle co pełnoprawna armia do WH. Kupowanie planszówek dla figurek to ekonomiczny absurd.
Five Parsecs From Home i autorska konwersja
Przełom nastąpił, gdy odkryłem Five Parsecs From Home. Gra oparta na k6 i tabelach losowych. Zrobiłem coś, co dla wielu jest świętokradztwem: stworzyłem przelicznik statystyk z Savage Worlds na k6 (o czym będę pisać w kolejnych wpisach).
Dzięki temu mam konwersję jednostronną, która pozwala mi:
- Używać dowolnych modeli z różnych uniwersów (Superman vs Space Marines? Żaden problem).
- Korzystać z bazy postaci na savaged.us.
- Łączyć najlepsze zasady z obu systemów.
- Tworzyć "one page rules" dla dowolnej potyczki w 5 minut.
Obecnie rzuty na walkę biorę z Five Parsecs, a całą resztę z mojego przelicznika z SW do FPFH. Wszystko mieści się na jednej kartce A4. Testowałem to nawet z córką przy prostych grach o zwierzątkach (kotki łapiące wielkie sczóry z modelami od GSW) – mechanika jest tak intuicyjna, że dziecko ją łapie w lot.
Nie używam trybu solo z Five Parsecs w wersji "książkowej". Kartkowanie setek tabel jest frustrujące i zabiera czas, którego nie mam. Wolę to robić po swojemu, szybciej.
Co dalej z tym fantem?
Na blogu będą pojawiać się raporty bitewne i konkretne rozwiązania z mojej konwersji. Mam gotowe narzędzia: konwertery D&D do Savage Worlds czy SW do Five Parsecs. Jeśli kogoś to interesuje, mogę wydzielić na to osobne zakładki.
Cel jest prosty: banalne tworzenie postaci, wykorzystanie najlepszych atutów z kilku gier i zamknięcie partii w godzinę z rozstawieniem i sprzątnięciem stołu. Używam plastiku inaczej niż wszyscy i dobrze mi z tym.